Łączna liczba wyświetleń

sobota, 28 września 2013

"So you were right and I was wrong..."

   przeczytajcie notkę:))
***
- Ale..ale jak to? – Laura nie mogła uwierzyć własnym oczom – Skąd ona się tam wzięła?!
- Dobre pytanie – mruknęła Raini – Musiała się jakoś wślizgnąć na premierę Muppetsów.
- No dobrze, ale czemu na filmiku ma blond włosy? – brunetka zmarszczyła nos.
- Pewnie to jej naturalny kolor, tylko potem się przefarbowała na rudo. Przecież widziałaś, jakie ma odrosty.  - No tak, widziałam – przyznała Laura  - Sądzisz, że zrobiła to specjalnie?
- Po to, żebym nie mogła się z tobą skontaktować, dzięki czemu mogła swobodnie przedstawić się tobie jako moja koleżanka. – kiwnęła głową Raini – Zdecydowanie byłaby do tego zdolna. A wiesz co… To mi przypomina, że niedawno dzwonili do mojej mamy, by przekazać nazwisko osoby, która włamała mi się na konto na Twitterze…
 - Znasz nazwisko?
- Tak… - Toesdalle, czy jakoś tak.
- Trzeba to sprawdzić. Kto wie, może to właśnie ona? Nie znałyśmy nigdy jej nazwiska.
- Jeśli to będzie Gemma, osobiście dopilnuję, żeby wsadzono ją za kratki – Raini zacisnęła zęby. 
- Dobra, przed zakupami odwiedzimy komisariat. Ale najpierw.. obiad! Bo nigdy nie zrobimy tej lasagnii – zarządziła Laura.
- Racja, zemsty nie można obmyślać z pustym żołądkiem – stwierdziła czarnowłosa i zabrała się do przygotowywania składników.

Tymczasem reszta towarzystwa przebywała w pokoju babci Herswish. Rydel patrzyła potępiająco na Rossa, Ross ponuro spoglądał w sufit, Alex utkwiła wzrok w Charliem, któremu powieki powoli zamykały się ze zmęczenia. Wszyscy milczeli.
W końcu ciszę przerwała Delly:
- Słuchajcie, trzeba wyjaśnić parę spraw. Wreszcie mamy okazję do spokojnej rozmowy, więc ją wykorzystajmy.
-  No to zaczynaj te swoje wywody – burknął blondyn.
- Właściwie, to miałam nadzieję, że ty pierwszy zaczniesz się spowiadać – wtrąciła Alex.
- Co proszę?! Spowiadać?  - zdenerwował się Ross – Nie mam wam nic do powiedzenia! A Gemma jest tylko moją…dobrą znajomą.
- O czyżby? – prychnęła Rydel.
Kłótnia już wisiała w powietrzu, ale na szczęście do niej nie doszło, bo w tym momencie rozdzwonił się telefon Raini. Piosenka „Shoop shoop song” była na tyle głośna, że poderwała na nogi wszystkich, oprócz Charliego.   
- To mój! To mój! – Raini przybiegła z kuchni. Ręce całe miała umazane w sosie, więc wytarła je w pierwszą z brzegu chusteczkę i sięgnęła po komórkę.
- Halo? Cześć mamuś! Co tam….CO?! – czarnowłosa rozdziawiła usta – Możesz powtórzyć? Naprawdę? O żesz…nie, nic takiego. Po prostu…wszystko stało się jasne. Opowiem ci później. No, buziaczki i dzięki za info. Na razie!  - w tym momencie odłożyła telefon i bez słowa usiadła w fotelu.
- Co się stało? – spytali jednocześnie Charlie, Alex, Ross i Rydel.
- Mama zadzwoniła do mnie, bo dowiedziała się, wrzucenie filmiku na youtube i włamanie się na moje konto na Twitterze to sprawka tej samej osoby!
- Jakiego filmiku? – zdziwiła się Alex.
- Ah, no tak, jeszcze go nie widzieliście – plasnęła się w czoło Raini – Zaraz wam pokażę.
- OBIAAAAAAAAD! – ryknęła z kuchni Laura.
- Jak miło to słyszeć – mruknął Charlie, łapiąc się za brzuch – Umieram z głodu.
- Coś szybko wam poszła ta lasagnia – stwierdziła Rydel.
- A nieee… zdecydowałyśmy się na coś prostszego… Ale równie dobrego! – dodała natychmiast, widząc rozczarowanie w oczach głodomorów – No to chodźcie jeść, potem wszystko wam opowiemy. Cała czwórka pomogła wstać Charliemu i zaprowadziła go do kuchni.

Po spożyciu obiadu (ryż i odrobinę kurczaka w ostrym sosie) i zjedzeniu deseru (Rydel przyniosła z domu miodowe ciastka i parę kawałków torciku czekoladowego) przyszedł czas na dyskusję. Laura i Raini pokazały im filmik, na którym telefon Raini wpada do fontanny. Widok Gem zaszokował resztę towarzystwa. Ross lekko poczerwieniał i spuścił wzrok.
- No dobrze, ale skoro Gemma jest na tym filmiku, to jakim cudem mogła go nakręcić? – dopytywała się Alex.
- Już ci mówię – włączyła się Raini -  Poprosiła kogoś ze swoich mądrych znajomych, by potrzymał jej telefon i sfilmował, jak „niechcący” na mnie wpada. Policja namierzyła użytkownika, który udostępnił filmik i okazało się, że jest to niejaka Germanotta Toesdalle. Przy okazji ustalili, że z jej telefonu ktoś włamał się na moje konto na Twitterze.
- Germanotta?  - zmarszczył brwi Charlie.
- Tak, Gemma to zdrobnienie tego imienia. Ale łatwo się pomylić, bo przecież istnieje imię Gemma. Wykorzystała to, by nikt nie domyślił się, kim jest. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że nosi też fałszywe nazwisko.
- Łał. No to niezłe z niej ziółko… – rzekł Charlie i spojrzał na blondyna – Prawda, Ross?
Chłopak nic nie odpowiedział. Bez słowa wziął Laurę za rękę i poszedł z nią do pokoju.
Przyjaciele chcieli iść za nimi, ale Rydel ich powstrzymała.
- Nie, dajcie im chwilę. Już dawno powinni ze sobą porozmawiać. I wygląda na to, że Ross wreszcie poszedł po rozum do głowy.
- No ty rychło w czas – zauważyła Alex – Bo Boże Narodzenie za pasem.
- Wiecie co, Święta Świętami, ale trzeba coś zrobić z tą Gemmą…Germanottą…czy jak jej tam. Najlepiej zgłosić tę sprawę policji, i to jak najszybciej – powiedział szatyn.
- Po obiedzie miałam zamiar iść z Laurą na komisariat, ale teraz widzę, że to nie ma sensu – stwierdziła Raini.
- Jak to? Więc mamy zostawić to wszystko i udawać, że nic się nie stało? – oburzyła się Alex.
- Ależ oczywiście, że nie. Chodziło mi raczej o to, żeby zaaranżować małą zemstę – czarnowłosa zatarła ręce – Chyba wiem, co zrobić, by sama przyznała się do winy.
Przyjaciele pochylili się nad nią i uważnie wysłuchali jej planu…

***

Znów musieliście długo czekać, ale mam nadzieję, że było warto:) Rozdział jest króciutki, ale obiecuję, że następny będzie dłuuuuugaśny. Kwestia tylko kiedy go dodam, bo akcja dzieje się koło Bożego Narodzenia, więc możliwe, że dla utrzymania "nastroju świątecznego" ten ogromy rodział/rozdziały dodam dopiero w grudniu. 

Ale właściwie decyzja należy do Was. :3 

Baaaardzo dziękuję za wszystkie milutkie komentarze, jestem Wam wdzięczna za to, że czytacie te moje wypociny:p 

a to piosenka, którą Raini miała ustawioną jako dzwonek (ostatnio nie mogę się od niej uwolnić ^^) 


plus gorąco polecam bloga Marthy Marano: http://r5-my-crazy-story.blogspot.com/


PS: Czy jeśli dodałabym rozdział w grudniu, reflektowalibyście na jakiś bonusik na osłodę życia? Czy koniecznie rozdział musi być dodany wcześniej? (:

~`BabyBlue

niedziela, 15 września 2013

"Everything turns up alright"

***
Ross cicho pogwizdując, kierował się w stronę supermarketu „Vanilla”. Calum powiedział mu, że właśnie tam zastanie Laurę, Raini oraz Rydel robiące szalone zakupy przedświąteczne. Zależało mu na tym, by spędzić trochę czasu ze swoją dziewczyną. Chciał, by jak najszybciej zapomniała o ostatniej kłótni. Boże Narodzenie to nie najlepszy czas na to, by się na siebie dąsać.
 Intuicja podpowiadała mu, że przyjaciółki wybrały się do niedużej sieciówki  „Gift 4 u” położonej na drugim piętrze. Skorzystawszy ze schodów ruchomych, poszedł w kierunku sklepu z podarunkami. Wszedł do środka i od razu zauważył Raini i Rydel stojące przy półce z maskotkami 
- Cześć siostra, cześć Rai – rzucił, rozglądając się dookoła -  Gdzie jest Laura?
- A od kiedy cię to interesuje, co? – spytała czarnowłosa, krzyżując ręce na piersiach.
-  Właśnie, co się nagle taki troskliwy zrobiłeś, braciszku? – dodała Delly.
- Po prostu chciałem się z nią zobaczyć – wzruszył ramionami.
- Na pewno z nią? A co z panną G.? – prychnęła ironicznie Raini.
- O co wam chodzi? – Zaniepokoił się Ross.
- No nie, co za palant!  - zdenerwowała się Rydel – Chodzi o ciebie, o Gemmę i o Laurę. Nie widzisz, że to wszystko zaszło trochę za daleko?
- To, co się dzieję między mną a Laurą i Gem, nie powinno was obchodzić – warknął blondyn.
- Ale ta ruda jędza tobą manipuluje! Jesteś jej zabawką i zrobisz wszystko, o co cię poprosi – Rai złapała go za ramiona – Otrząśnij się, człowieku!
- Zooostaw mnie – burknął Ross, zdejmując jej ręce ze swoich ramion.
W tym momencie przy półce w pluszakami znalazła się Laura.
- I co? Znalazłyście jakiś… - urwała, widząc swojego chłopaka.
- Cześć, kotku – Ross wymusił uśmiech i podszedł do brunetki – Co słychać?
Laura milczała, posyłając przyjaciółkom oburzone spojrzenie.
- Ej, my go tu nie zapraszałyśmy, sam przyszedł – broniła się Raini.
Rydel już otwierała usta, wy wszystko wyjaśnić, lecz w tym momencie zadzwoniła komórka Laury.
- Alex? – zdziwiła się brunetka i odebrała połączenie – Hej, co jest?
- Cześć! Słuchaj, pilnie potrzebujemy waszej pomocy. Wpakowaliśmy się w niezłe bagno.
- Wpakowaliśmy? To znaczy ty i Charlie?
- No…tak wyszło.
- Tak myślałam. No to mów, co się stało.
- Okej, ale lepiej usiądź, bo to kosmiczna historia.
 - Poczekaj, przełączę cię na głośno mówiący, nie jestem sama - Laura wcisnęła przycisk i cała czwórka zamieniła się w słuch.  
- Zaczęło się od tego, że weszłam do łazienki Charliego i się zatrzasnęłam. Wyszłam przez okno, ale  zapomniałam wziąć kosmetyczki. Charlie poszedł po nią, ale się poślizgnął i…
- Gadasz bez ładu i składu – skrzywiła się Rydel.
- Eh, dobra… Nie ma czasu na dokładne wyjaśnienia. Powiem wam tylko, że ma skręconą kostkę i gorączkę 38,  a ja dostałam wysypki i tonę w chusteczkach higienicznych. Jeśli zaraz nie przyjedziecie, te święta będą jedną wielką katastrofą. Idźcie po Caluma, dzwoniłam do niego wcześniej, ale nie odbierał. Jego tata jest ortopedą, niech przyjedzie pod Cranberry Street jeśli mu się uda.
- Ok., postaramy się przybyć jak najszybciej – zapewniła ją Laura  - Trzymaj  się, Alex!
- Do zobaczenia!

Przyjaciele podyskutowali, wykonali parę ważnych telefonów i bez zbędnej opieszałości wybrali się do Caluma (mieszkał blisko galerii „Vanilla”). Drzwi otworzył im jego tata.
- O! – zdziwił się mężczyzna – Pewnie przyszliście odwiedzić mojego syna? Niestety, wyszedł z domu pół godziny temu.
- Właściwie to mamy do pana pewną sprawę… – zaczęła Laura.
- Do mnie? – ortopeda uniósł brwi.
Po chwili opowiedziano mu o wypadku Charliego.
- Rozumiem – kiwnął poważnie głową – No, macie szczęście, że nie wysłano mnie na dyżur. Wskakujcie do auta, pojedziemy po tego biedaka.
Dziewczęta oraz Ross posłusznie usadowili się w samochodzie. Po pięciu minutach zjawił się tata Caluma. Trzymał w rękach sporych rozmiarów walizkę z odpowiednimi przyrządami do zakładania szyny i stabilizowania stawu.
- Co za zbieg okoliczności! W ostatniej chwili zdecydowałem się wziąć zestaw pierwszej pomocy do domu na święta.  I proszę, przyda się w sam raz. – mówił po drodze na Cranberry Street. 

Wkrótce potem zajechali pod dom Charliego. Drzwi otworzyła im Alex.
- W samą porę. On już się tam zwija z bólu – uśmiechnęła się kwaśno i wpuściła ich do środka. Zdjęli  buty, kurtki powiesili do szafy i udali się do pokoju babci Herswish. Charlie leżał na kanapie, bolącą stopę, na której położony był kompres, miał ułożoną na poduszce.
- No, chłopcze. Dawaj nogę! – ojciec Caluma zatarł ręce i od razu podszedł do pacjenta.
Charlie wybałuszył na niego oczy.
- Nie bój się mnie, nie jestem psychopatą, tylko ortopedą  - zaśmiał się mężczyzna, widząc jego przerażenie.
Po krótkim badaniu, lekarz oznajmił, że wszystko jest w porządku, staw nie został mocno uszkodzony, a noga za dwa tygodnie powinna być już sprawna. Założył Charliemu szynę gipsową i polecił, by jak najwięcej leżał i jak najmniej chodził. Dał mu również odpowiednie leki do kuracji (Alex także dostała parę tabletek). Po wysłuchaniu całej historii związanej z upadkiem i skręceniem kostki, podszedł do drzwi łazienki i dokładnie się im przyjrzał. Wyszedł z domu i chwilę później wrócił, trzymając coś w rękach. Był to mały „zestaw majsterkowicza”. Pokręcił się przy drzwiach łazienkowych i już po dwóch minutach naprawił zamek. Teraz bez trudu można było dostać się do toalety.
- A niech mnie, z  pana to dopiero złota rączka – ucieszył się Charlie – Dziękuję za wszystko. Ile płacę?
- Jestem na urlopie, więc nie przyjmuję żadnych pieniędzy. Potraktuj to jako mały prezent na Gwiazdkę – mrugnął do niego mężczyzna -  No, będę się już zbierał, dzieciaki. Bawcie się dobrze!  - pomachał wszystkim i na odchodnym jeszcze raz przypomniał pacjentowi, by uważał na swoją nogę, a reszcie przykazał, by za nadto się do niego nie zbliżali, by się od niego nie zarazić grypą.   
  
Gdy drzwi się za nim zamknęły, Charlie i Alex zostali wręcz zasypani gradem pytań.
- Jak to się w ogóle stało, że oboje jesteście chorzy?
- Alex, co ty tu właściwie robisz?
- Bardzo boli cię noga?
- Jak macie zamiar spędzić święta?
- CISZA!  - zachrypiała Alex – Nie wszyscy naraz. Pozwólcie mi zacząć wszystko od początku.
- Nie, wiesz co, to jednak zły pomysł. Lepiej nie nadwyrężaj głosu, kochanie.  – rzekła Rydel, troskliwie głaszcząc ją po ręce.
-  Racja - kiwnęła głową Laura.
 – Ale jedno mnie zastanawia… - zaczęła Raini, przyglądając się uważnie chorej - Co ci się u licha stało, że jesteś cała w kropkach?
Alex zerwała się i podbiegła do lustra w łazience. Dotychczas tak naprawdę nie widziała swojego odbicia (czerwone plamki pojawiły się dopiero po incydencie z zatrzaśnięciem się w toalecie).  Przyjaciele usłyszeli jej jęk.
Raini, Rydel i Laura zerwały się i pobiegły do łazienki, pokrzykując:
- Daj spokój, nie jest tak źle, nic nie widać, naprawdę!
W pokoju zostali Ross i Charlie. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
- Słuchaj…jest taka sprawa…– zaczął szatyn.
- Taaak, wiem – odrzekł niechętnie nastolatek – Chcesz gadać ze mną o Gemmie. Kłopot z tym, że ja nie bardzo chcę o niej gadać z TOBĄ.  
- Aha, wolisz się pogrążyć przed swoją dziewczyną? 
- To znaczy?
- Chcesz spojrzeć  w oczy Laurze i bez ceregieli powiedzieć jej, że się nią znudziłeś?
- Odbiło ci?! Nie chcę z nią zrywać!
- Więc po co ci Gemma do szczęścia?
- A ty co? Zazdrosny?
- Nie. Do mnie już dotarło co trzeba i teraz próbuję przemówić ci do rozumu.
- Dziękuję, ale obejdzie się bez twoich „złotych rad”.
- Oh, czyżby?  - spytał Charlie z ironią w głosie.
 W tym momencie do pokoju weszły dziewczęta. Po kropkach na twarzy Alex nie było już śladu (przyjaciółki poleciły jej, by obficie ją zapudrowała).
- Postanowiłyśmy, że trzeba się tobą porządnie zająć – Laura zwróciła się do chorego.
- Alex też potrzebuje opieki, bo chyba się od ciebie zaraziła… - dodała Rydel, patrząc, jak koleżanka wydmuchuje nos.
- Nieprawda – nastolatka z oburzeniem zabulgotała w chusteczkę.
- Tak więc dziś zrobimy wszystkie potrzebne zakupy. Jedzeniowe i świąteczne. Rozmawialiśmy już ze Stormie i Markiem, chętnie zgodzili się nam pomóc – ciągnęła Laura – Teraz zrobimy wam coś do jedzenia i za godzinę pojedziemy na zakupy.
- Ale.. – zaczął Charlie.
- Żadne ale, trzeba wszystko ogarnąć, bo święta tuż tuż, a my nie pozwolimy, byście Wigilię i Boże Narodzenie spędzili sami, przykryci toną chusteczek – rzekła Raini, zakładając ręce na biodra.
- Aha, i jeszcze jedno. Ekipa „Austina i Ally”  chciała zrobić spotkanie świąteczne w studio, ale biorąc pod uwagę okoliczności… Spotkanie zrobimy tutaj. – powiedziała Delly.
- No co wy?! Przecież nigdy w życiu się tu nie zmieścimy! – jęknął Charlie.
- Spokojnie, nie mówię, że dosłownie TUTAJ. Na ulicy równoległej do Cranberry Street, jak dobrze wiesz, stoi duża restauracja „White&Black”  - tłumaczyła mu Rydel - Na czas świąteczny jest zamykana, jednak dla nas zrobili wyjątek. A wszystko dzięki Jessy i…Tomowi. Podobno osobiście zna właścicielkę restauracji i nie było problemu, wy wynająć salę. Oczywiście, pod warunkiem, że jedzenie przyniesiemy sami, ale z tym nie będzie kłopotu, bo każde z nas zamierza coś upichcić.      
- Wszyscy się pomieszczą  - odezwał się milczący dotąd Ross – całe R5, ekipa, my i dorośli.
- Jak wy to wszystko załatwiliście? I kiedy? – dziwiła się Alex.
- Kiedy do nas zadzwoniłaś i poprosiłaś o pomoc. Wystarczyło parę telefonów do odpowiednich ludzi – mrugnęła do niej Delly.
- No dobra, czas zabrać się za obiadek.  – rzekła Laura i skierowała się do kuchni. Po drodze krzyknęła do zbierającego się do wstania Charliego – A ty leż! I nawet nie waż się chodzić! Otworzyła lodówkę i mruknęła – Co my tu mamy…
 - Mogę ci pomóc – zaofiarowała się Raini – Uwielbiam gotować.
- A gdybyś jeszcze umiała… - odparła niewinnie brunetka.
Alex zachichotała.
 - A ty co się śmiejesz, co?  - obraziła się Raini - Marsz do łóżka! Masz wypoczywać.
- Ja ją przypilnuję, a wy gotujcie, kuchareczki – zaśmiała się Rydel i  wyprowadziła Alex – Ty też lepiej chodź – rzekła do stojącego w przejściu Rossa.
Laura ustawiła na stole wszystko, co znalazła w lodówce i szafkach.
- Hmm…Co można z tego zrobić?  - spytała, przyglądając się produktom.
- Widzę tu między innymi sos pomidorowy, oregano, żółty ser, mięso mielone….o proszę, jest też makaron lasagniowy. Już wiesz, co będziemy pichciły.
- Lasagnię? To nie za trudne? – zmartwiła się Laura.
- Ee, poradzimy sobie. W razie czego mogę znaleźć przepis w Internecie – Rai wyjęła telefon.
- Może lepiej włącz filmik na youtube. Wiesz, z jakimś profesjonalnym kucharzem, który dokładnie mówi co i jak – poradziła jej brunetka.
- Dobry pomysł – czarnowłosa wpisała odpowiedni adres. Jej wzrok padł na listę ostatnio dodanych filmików – A to co? – mruknęła do siebie, klikając na jeden z nich. Zatytułowany był „Raini Rodriguez wpada do fontanny” .
- Co jest? – spytała Laura i podeszła do przyjaciółki.
Raini nacisnęła przycisk „play”. Ktoś dokładnie ujął moment,  w którym jakaś blondynka wpada na nią i wytrąca jej z ręki telefon, który ląduje w fontannie. 
- Tytuł jest mocno naciągany, przecież nie ty wpadłaś do wody, tylko twoja komórka – zauważyła brunetka.
- Taaa… Ej, chwila, widziałaś?!
- Co?
- Patrz uważnie – Raini jeszcze raz włączyła filmik i powiększyła ekran. Zastopowała w momencie pojawienia się jasnowłosej dziewczyny – Czy ona ci kogoś nie przypomina?
Laura zmrużyła oczy, intensywnie wpatrując się w postać. Naraz gwałtownie odskoczyła do tyłu i krzyknęła:
- Jezu! To przecież Gemma!   

 *** 

YAYYY, DODAŁAM ROZDZIAŁ! :) 

Przepraszam, że tyle musieliście czekać. I przepraszam, że trochę zagmatwałam sprawę z tym lekarzem i skręconą kostką (nie bardzo się na tym znam, szczerze powiedziawszy) (btw, wybrałam rozszerzenie biol-chem-fiz:D )  

I przepraszam, że tak ciągle muszę Was przepraszać ._.

Ale liceum robi swoje, ledwo znalazłam czas, żeby coś napisać. Na szczęście dokładnie już wiem, co mam dalej  pisać i jak zakończyć opowiadanie. Może to sprawi, że będę pisać trochę częściej;)


to do następnego rozdziału! (:


i serdecznie polecam opowiadanie Marthy Marano:



~`BabyBlue

wtorek, 27 sierpnia 2013

Przeczytajcie do końca;)

Przepraszam, że znów tak długo nie dodaję rozdziału. Niby są wakacje i mam mnóstwo czasu, ale to nieprawda. Dni uciekają jak szalone i to mnie trochę przeraża. 

W każdym razie, rozdział mam zaczęty, ale nie mogę popchnąć go do przodu. Proszę, czekajcie cierpliwie, na pewno kiedyś się pojawi:) jeśli chcecie, podajcie w komentarzach swoje gg, maila lub nazwę twittera, poinformuję Was, kiedy rozdział będzie dodany.  Dotychczas robiłam to na Facebooku, ale wolę nie spamować na grupie. 

I jeszcze jedna sprawa, poważnie planuję zakończenie opowiadania. Bloga prowadzę już od roku, dzięki Wam mam mnóstwo komentarzy i wyśwetleń. Nigdy bym nie pomyślała, że mogę napisać ponad 100 stron. O.o  A to wszystko przez Wasze fenomenalne wsparcie :) 
Ale nic nie trwa wiecznie, kiedyś trzeba się pożegnać i dłużej tego nie ciągnąć. Jeszcze się nie rozstaję z opowiadaniem, ale z każdym rozdziałem jestem coraz bliżej końca. 

Nie kończę "przygody" z pisaniem, na pewno zacznę nowe opowiadanie (kwestia tylko o kim i o czym:p), bo sprawia mi to dużo radości i przyjemności. 

I tyle chciałam powiedzieć.... 

Trzymajcie się ;*

~`BabyBlue 


wtorek, 13 sierpnia 2013

"When life gives you lemons..."

SŁOŃCA PRZECZYTAJCIE NOTKĘ POD ROZDZIAŁEM ! :) 
*** 
Pierwszy obudził się Charlie. Było już parę minut po dziesiątej. Chciał się przeciągnąć, ale poczuł, że coś mu przygniata prawe ramię. Leniwie otworzył oczy, i – ku  jego zdziwieniu spostrzegł leżącą obok niego Alex.  Jeszcze bardziej zdziwiło go to, że była w niego wtulona – leżała na brzuchu, a głowę i prawą rękę położyła na jego klatce piersiowej; natomiast on w jakiś niewyjaśniony sposób obejmował jej talię swoim ramieniem. Mógł wyjaśnić to, czemu leżała w jego łóżku – była przestraszona, a on próbował ją uspokoić różnymi opowiastkami babci. Szybko zasnęła, ale nie chciał jej przenosić do pokoju pani Herstwish, bo z pewnością by się obudziła. Okej, to miało jakieś wytłumaczenie. Ale jak, u licha, i kiedy doszło do tego, że się do siebie przytulili? To chyba nie było kontrolowane…Samo się w jakiś sposób stało i nie dało się tego w jasny sposób wyjaśnić. Nie to, żeby narzekał. Właściwie nie miałby nic przeciwko gdyby nie ramię, które zaczęło mu powoli drętwieć. Poruszył się najostrożniej jak mógł. Niestety, nie wyszło mu to za delikatnie, więc Alex od razu otworzyła zaspane oczy. Ujrzawszy nad sobą jego twarz, podskoczyła tak gwałtownie, jakby ją kopnął  prąd.  
- AAA! Co ja tu robię?!
- Śpisz. I miażdżysz mi ramię – zauważył życzliwie Charlie.
- Jak to się stało?! – dygotała Alex – Czy my…
- Nie, nie – powiedział szybko szatyn -  Po prostu zasnęłaś i… No nie umiem tego wytłumaczyć.
Dziewczyna zrobiła się czerwona jak burak.
- Tak mi wstyd… Przepraszam, już stąd spadam.
- Ej, o co ci chodzi? Przecież mówię, że do niczego nie doszło – złapał za rękę zrywającą się z posłania nastolatkę – Stój! Miałaś mi pomóc w ozdabianiu domu na święta!
Ale ona nie słuchała. Odskoczyła jak oparzona i pobiegła do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Po chwili usłyszał chrobot przekręcanego zamka.
-  Eh, co za dziewczyna – westchnął, kręcąc głową. Ubrał się i pościelił łóżko. Podszedł leniwym krokiem do drzwi łazienki i zapukał – Aaaaleeeeex. Wyłaź, błagam. Nic się nie stało, naprawdę. Obiecuję, że nikomu o tym nie powiem.
Odpowiedziała mu głucha cicha.
- Dobra, jak tam chcesz – machnął ręką szatyn -  Ja idę  po bombki.
Aby dostać się do pomieszczenia, w którym umieszczono wszystkie możliwe ozdoby świąteczne, Charlie musiał wyjść na zewnątrz i udać się na tyły domu, gdzie znajdował się mały, drewniany składzik. Ledwo jednak przekroczył progi wyjścia, poczuł ostry, przeszywający ból w czaszce.  Od kiedy tylko wstał, nie czuł się najlepiej. Miał zatkany nos i  lekko spuchnięte oczy, na dodatek bolały go wszystkie mięśnie (do tego najprawdopodobniej przyczyniły się niezbyt komfortowe warunki spania). Poszukał po kieszeniach spodni, ale znalazł w nich tylko komórkę, parę monet, zapalniczkę i papierosa. Bez namysłu zapalił. Nie robił tego zbyt często, ale akurat teraz naszła go ochota na odstresowanie się. Właśnie wypuszczał z ust kolejne kółeczko z dymu, kiedy zabrzęczał telefon. Ze zdumieniem spostrzegł, że na ekranie wyświetla się „Dzwoni Alex”.
- Co u licha? – mruknął i nacisnął zieloną słuchawkę – Co jest? Już się stęskniłaś?
- Nie, głupku. Zatrzasnęłam się w twojej cholernej łazience! – krzyczała dziewczyna – Wypuść mnie stamtąd!
Teraz dotarło do Charliego, że faktycznie, ostatnio miał problemy z tymi drzwiami, dlatego nigdy nie przekręcał zamka, kiedy brał prysznic.
- Dobra, idę  – rzucił i się rozłączył. Pospiesznie zadeptał papierosa butemi schował zapalniczkę do kieszeni. Parę chwil później już stał pod małym oknem łazienkowym i krzyczał do Alex, że musi przez nie przejść, bo nie ma innego sposobu na wydostanie się z pomieszczenia. Martwiło go, że okno było bardzo wąskie, w dodatku umieszczono je dosyć wysoko. Skok bez żadnych zabezpieczeń mógł się zakończyć boleśnie. Ale muszą spróbować, w końcu jeśli się nie uda, zawsze mogą wezwać pomoc.
- No, dasz radę, Alex!
- Nie przecisnę się – jęknęła nastolatka. Ostrożnie wychyliła głowę i spojrzała z góry na Charliego. Przełknęła ślinę i dodała – Poza tym, nie wiem, czy pamiętasz, ale ja mam chorobliwy lęk wysokości.
Szatyn przewrócił oczami.
- To żaden lęk. To twoja nienormalna wyobraźnia. Nie bój się, przecież cię złapię.
- Nie, to bez sensu.
- Alex, błagam. Zrób to dla mnie! Inaczej nie dostaniesz prezentu.
- Którego jeszcze najprawdopodobniej nie kupiłeś?
- A ty skąd wiesz??!
- Bo ja też jeszcze nie zrobiłam świątecznych zakupów. Spędzałam za dużo czasu z tobą. Widzisz, to wszystko twoja wina!
- Okej, może i moja – rzekł ugodowo Charlie – Ale przestań zmieniać temat. Chcesz wyjść z tej łazienki czy nie?
- Chcę – przyznała Alex.
- No to skacz, do jasnej ciasnej! Bo zupełnie odmrozi mi uszy!
Westchnęła i zaczęła przeciskać się przez wąziutkie okienko. Na jej szczęście, była szczupła, więc jakoś udało jej się wyjść i przykucnąć na framudze.
- Dobra. Teraz na trzy przestajesz się trzymać okna i przesuwając ciężar ciała do przodu, łapiesz za moje ramiona – instruował ją chłopak -  Gotowa?
Alex trwożnie kiwnęła głową.
- Chhhhyba tak.
- No to raz…Dwa…Trzy! – krzyknął Charlie i wyciągnął ramiona. Nastolatka odbiła się nogami od framugi okna i skoczyła prosto na niego. Zachwiał się pod jej ciężarem i razem upadli na ziemię.
- Nno! Dzielna dziewczynka! – zaśmiał się szatyn – Szkoda, że babcia tego nie widzi.
- Taa, miałaby powód do uciechy, nie? – rzekła z przekąsem Alex. Kiedy wstali, zbliżyła się do niego – Dzięki za pomoc. I przepraszam za moje dziecinne zachowanie. Ta sytuacja…była dla mnie trochę głupia i dlatego tak gwałtownie zareagowałam.  
- Rozumiem, nie ma sprawy  - uśmiechnął się Charlie.
- Zaraz – Alex pociągnęła nosem. Wyraz jej twarzy zmienił się- Czy ty przed chwilą paliłeś?
- Co? Żartujesz chyba.
- Przecież czuję dym.
- To pewnie dochodzi z kominów sąsiadów. Zobacz – w taki ziąb wszyscy palą w piecach. Niezależnie od pory dnia. A zdaje mi się, że nie ma jeszcze jedenastej.
Dziewczyna popatrzyła na niego podejrzliwie, po czym zadrżała.  
- Słuchaj, chodźmy do środka, co? Bo na serio się przeziębimy. Już zaczynam się kiepsko czuć, a mam na sobie tylko koszulę.  
- Kurcze, faktycznie. Dobra  myśl – podjął Charlie. Pobiegł po bombki, których w końcu nie wyjął ze schowka. Już po chwili byli w mieszkaniu i wyjmowali ozdoby z ogromnego kartonowego pudła.


Tego samego dnia Laura spotkała się z Rydel i Raini w centrum handlowym. Brunetka nie była w najlepszym humorze, co od raz zostało zauważone przez jej przyjaciółki.
- No co to za kwaśna mina? – spytała Delly.
- A nieważne – machnęła ręką Laura – Po prostu znów pokłóciłam się z Rossem. Ostatnio nie możemy się dogadać.
- Nie martw się, coś wymyślimy. Nie pozwolimy  Gemmie odbić ci chłopaka – pocieszała ją Raini.
- Już ja sobie porozmawiam z tym moim braciszkiem. – Obiecała blondynka – I wygarnę mu to i owo.
- Ja też dorzucę coś od siebie. Ale przede wszystkim, trzeba spotkać się z tą dziunią i wyjaśnić, dlaczego podawała się za moją koleżankę – dołączyła się Raini.
- Okej, okej. Na wszystko przyjdzie pora. Ale teraz o tym nie myślmy. Zbliżają się święta i trzeba nakupować mnóstwo rzeczy. Chodźcie – zarządziła Laura.


- Mamy jeszcze sporo do zrobienia – stwierdziła Alex, przypinając na ścianę błyszczącą, czerwoną girlandę. Zręcznie zeskoczyła z drabiny, podrapała się po ręce i podeszła do kanapy, na której leżał Charlie.
- Kobieto, daj mi spokój  - jęczał chłopak, łapiąc się za głowę.
- Ja wiem, że źle się czujesz, ale to był twój pomysł, żeby udekorować dom. Więc przestań się wylegiwać i mi pomóż z łaski swojej.
Charlie przeklął pod nosem i usiadł.
- Chyba mam gorączkę – rzekł słabo, przykładając sobie rękę do czoła.
Alex z powątpieniem pokręciła głową i usiadła obok niego.
- Pokaż no – dotknęła ustami jego czoła – Hmm, może i masz rację. Trzeba ci zmierzyć temperaturę. Gdzie masz termometr?
- Leży na komodzie za tobą.
Dziewczyna poszła we wskazanym kierunku i wróciła z przyrządem medycznym w ręce.
Bez słowa podała mu termometr i przez parę minut uważnie się mu przyglądała, od czasu do czasu drapiąc się po twarzy.
- Uuuu – gwizdnęła po odczytaniu temperatury – Trzydzieści osiem i dwa. No, mój drogi. Nieźle się urządziłeś na święta.
Ledwo wyrzekła te słowa, kichnęła trzy razy z rzędu.
Szatyn zaśmiał się ponuro:
- Ty też nie masz się z czego cieszyć.
- Ale ja przynajmniej robię COKOLWIEK. Mimo że się średnio dobrze czuję. Zobacz, ile na dziś rzeczy zaplanowałam – Pokazała mu małą, białą kartkę z listą „zadań” do wykonania:

1)      spotkać się z Jessy
2)      porozmawiać z Rossem
3)      kupić prezenty i małą choinkę
4)      zadzwonić do rodziców
5)      udekorować dom
  
- Hm, przynajmniej punkt piąty mamy w jakimś stopniu zrealizowany – mruknął Charlie.
- Fatalnie się składa, że masz gorączkę. Chyba nie uda nam się porozmawiać z Jessy przed świętami. Kiedy mieli do ciebie przyjść pracownicy domu dziecka?
- 27 grudnia.
- Zadzwonię do niej i wyjaśnię sprawę. Może uda się zaprosić ją do nas. To jest….do ciebie.
- Żebym od razu ją zaraził? Już wystarczy, że tobie popsułem święta.
- Nie popsułeś – zapewniła go Alex, drapiąc się po twarzy – Jeśli nie będzie mogła przyjść, załatwimy to telefonicznie. Na zakupy pójdę sama. A z Rossem pogadam kiedy indziej, może nadarzy się okazja.
- Nie! Protestuję! Nie rób ze mnie samoluba, też chcę kupić trochę prezentów.
-  To kupisz z lekkim opóźnieniem. Nie martw się, to w końcu ty masz urodziny w Boże Narodzenie, jesteś gwiazdą wieczoru – uśmiechnęła się dziewczyna, drapiąc się z kolei w kark, a potem w ramię.
- Co ci jest? Czemu się tak wariacko drapiesz?
- Właśnie sama nie wiem… Może mam jakąś alergię?
- A na co jesteś uczulona?
- Chyba tylko na sierść kota. Ale przecież nie ma tu… - jej wypowiedź przerwało głośne miauknięcie Freda, który właśnie w tej chwili postanowił wkroczyć do pokoju i zawiadomić ich o swoim istnieniu.
Alex zerwała się z miejsca i cofnęła się parę kroków. Bardzo lubiła te puchate i sympatyczne zwierzątka, ale objawy jej uczulenia nie pozwalały za nadto się do nich zbliżać. 
- Tak..tego, no…to jest właśnie mój kot, Fred  - zmieszał się Charlie.
- Czy zdarza się, że śpi z tobą w jednym łóżku?
- Tak, czasem układa się na poduszce obok mnie, a czasem na stopach i muszę go spychać, bo momentalnie drętwieją. Ta bestia jednak trochę waży.
- To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo swędzi mnie skóra.
- Lepiej się tak nie drap, bo od tego pojawiają ci się na twarzy dziwne kropki – zauważył mimochodem Charlie.
- Co?! – krzyknęła Alex i wybiegła z pokoju w poszukiwaniu lustra. Niestety, jedyne lustro znajdowało się w zatrzaśniętej łazience. Leżała tam też jej kosmetyczka z pożytecznymi wynalazkami pozwalającymi na szybkie i skuteczne zamaskowanie kropek. Jak ona teraz wyjdzie na miasto?! Podzieliła się swoimi obawami z Charliem. Chłopak od razu odpowiedział, że właściwie nie jest tak źle i że kropek nie widać. Alex nie bardzo mu wierzyła. Skończyło się na tym, że postanowiła zadzwonić do rodziców z prośbą o poratowanie jakąś zbawienną radą i z zapytaniem, kiedy właściwie przyjadą. Poszła do kuchni. W tym czasie szatyn wstał, założył na siebie ciepłą bluzę i czapkę, po czym cichcem wyszedł z mieszkania.  Podstawił sobie odwrócone wiaderko i zręcznie wszedł przez uchylone okno łazienki. On także należał do osób szczupłych, więc nawet gruba bluza nie przeszkodziła mu w przeciśnięciu się przez otwór. Przez chwilę mocował się z zamkiem, ale nadal nie chciał puścić. Zabrał najpotrzebniejsze rzeczy, w tym kosmetyczkę Alex i skierował się do wyjścia. Zejście z ładunkiem byłby bardzo trudne, toteż postanowił się go pozbyć. Wszystko upchnął do kosmetyczki, przewiązał ją sznurkiem i łagodnie spuścił w dół. Po chwili sam wdrapał się na okno. Chciał zeskoczyć na wiaderko, niestety, gdy tylko oderwał się od framugi okiennej, poleciał trochę za daleko – nogi ześlizgnęły mu się z wiaderka i z hałasem runął do przodu. Na nieszczęście przy spadaniu stopa prawej nogi nie ułożyła mu się zbyt korzystnie. W tej chwili bolała jak diabli i wygięta była w dość straszny sposób.
 Alex usłyszawszy huk, rzuciła do komórki krótkie „oddzwonię później” i wybiegła na dwór.
- Co się stało? – spytała z przestrachem.
- Nic – burknął Charlie, zaciskając szczęki  - Skręciłem, kuźwa, kostkę. Albo zwichnąłem.
- O Boże – załamała ręce nastolatka i pochyliła się nad nim – Pokaż.
Chłopak uniósł nogawkę. Na stopie, w okolicach kostki powstawał obrzęk. Rozrastał się w błyskawicznym tempie i zmieniał kolor.
- Skręcenie – oceniła Alex – Chodź, pomogę ci wstać.
W końcu udało im się dokuśtykać do domu. Dziewczyna poleciła mu usiąść na kanapie i oprzeć nogę o stołek pod kątem prostym. Pobiegła do kuchni i wróciła z lodem oraz ręcznikiem. Z uwagą przyjrzała się stopie, ostrożnie owinęła ją ręcznikiem i przyłożyła lód. Podniosła głowę i natknęła się na wzrok Charliego, zdumionego do granic możliwości jej wiedzą i umiejętnościami.
-  W mojej rodzinie co druga osoba dorosła jest lekarzem – wzruszyła ramionami i podrapała się po głowie – Poza tym, to żadna filozofia. I tak nie obejdzie się bez szpitala, muszą nałożyć ci szynę gipsową.
- Szynę?! – jęknął szatyn.
- Pochodzisz w niej najwyżej trzy tygodnie. Masz szczęście, mogło się skończyć złamaniem nogi, i to  z przemieszczeniem!
 - Czy ty w ogóle siebie słyszysz?! Jakie szczęście?! – krzyknął  Charlie, chowając twarz w dłoniach – Jezu, co za dzień.
W nastolatkę uderzyła fala współczucia. Usiadła obok niego i objęła go ramionami.
- A czemu właściwie tam się wspinałeś? Masz gorączkę, nie powinieneś był wychodzić
- Bo chciałaś tę swoją kosmetyczkę.
- Przecież nie musiałeś tego robić, głupku ty! – rzekła ze śmiechem i pocałowała go w policzek – To był tylko mój głupi grymas. Ale dziękuję ci za to, że się dla mnie poświęciłeś. 
Charlie odrobinę się rozpogodził, jednak po chwili  na jego twarzy pojawił się grymas bólu.
- Pewnie boli jak cholera?  - kiwnęła głową ze zrozumieniem.
- Mało powiedziane.
- No to zaraz zadzwonię do Caluma. Jego tata chyba jest ortopedą. Może nawet nie trzeba będziecie zawozić cię do szpitala.
- Oby  - mruknął Charlie i pociągnął nosem. – Eh…Szykują się fantastyczne święta, prawda?
Alex w odpowiedzi kichnęła całą mocą w przygotowaną na tę okazję chusteczkę.


***

Hejj wszystkim, udusicie mnie pewnie, bo macie dwa mocne powody:
1. miałam dodać rozdział już wieki temu...
2. znów zajęłam się głównie wątkiem Alex i Charliego. 

na pierwszy chyba nie mam usprawiedliwienia:D (wyczerpały mi się)
na drugi mam - chodzi po prostu o to, że ze sprawą Alex i Charliego jest związanych wiele pobocznych tematów, których nie mogę zostawiać, dlatego skupiłam się wyłącznie na tej "parce". (w następnym rodziale może być podobna sytuacja, ale jeszcze nie wiem). W najbliższej przyszłości będzie więcej Rossa, więcej Laury, więcej Gemmy itd itp.  

mam nadzieję, że nie napsułam Wam krwi:p 
kocham Was bardzo bardzo bardzo :*



zachęcam też do czytania bloga Marthy Marano, która wygrała nasz mini-konkurs. :)


pozdrawiam i życzę miłego odpoczynku przez te ostatnie tygodnie wakacji!
~`BabyBlue

środa, 31 lipca 2013

"You can come to me"




Charlie od ładnych paru godzin siedział w swoim pokoju i zastanawiał się, co robić. Ze zdenerwowania cały dygotał. Jeszcze nigdy nie stracił głowy dla kogoś tak podłego i dwulicowego jak Gemma! A przecież mógł łatwo zapobiec całemu temu cyrkowi. Wystarczyło słuchać zdrowego rozsądku, który od początku podpowiadał mu: „nie leć na jej piękne oczy, bo nic dobrego z tego nie wyniknie”. Oczywiście, postąpił inaczej – zupełnie zgłupiał i pozwolił, by owinęła go sobie wokół palca. 

Jedno tylko go dziwiło. Skoro nie była nim zainteresowana, to po co nadal pozwalała mu do niej przychodzić? Dla własnej satysfakcji? Żeby „odhaczyć” jeszcze jednego idiotę, który zrobiłby dla niej wszystko? To jakaś psychopatka! Trzeba ją powstrzymać. Tylko jak? Chyba najlepiej będzie ostrzec Rossa, powiedzieć mu, żeby sobie odpuścił zanim będzie za późno. Nie przepadał za blondynem, ale nie chciał też, by przez jakąś bezwartościową dziewczynę rozwalił swój związek z Laurą. Tylko czy Ross będzie chciał go wysłuchać?  Z pewnością nie. Ale może znajdzie się ktoś inny,  kto przemówi mu do rozumu? Charlie nawet dobrze wiedział, kto idealnie nadaje się do tego zadania. Z uśmiechem na ustach wybrał numer do Alex. Dziewczyna odebrała dopiero po czwartym sygnale.
- Tak?
- Cześć Alex!
- Oo, proszę. Wreszcie postanowiłeś się odezwać – w jej głosie można było wyczuć wyrzut.
- Jak to? – nie zrozumiał Charlie. Naraz przypomniał mu się, że istotnie, przez ostatnie parę dni żył w innym świecie. W świecie rudych włosów i niebieskich oczu. Cholera, że też musiał się z tego otrząsnąć dopiero dzisiaj – No tak, przepraszam cię. Byłem trochę zajęty…
- Ha! – prychnęła pogardliwie Alex – Chyba nawet wiem, czym.
- Słuchaj, muszę się z tobą koniecznie spotkać, mam ci do powiedzenia coś bardzo, bardzo ważnego.
- No nie wiem, nie wiem. A na pewno chcesz mnie widzieć? Nie będę ci PRZESZKADZAĆ?
- Nie wygłupiaj się, jasne, że chcę. Wpadnij, kiedy tylko będziesz mogła.
- Hmm…W ostateczności.. – zgodziła się Alex -Może być za pół godziny?
- Jasne.
- Dobra, do zobaczenia.
- Na razie!

Charlie odetchnął z ulgą. Przynajmniej wiedział, że nie zasypuje gruszek w popiele. Poproszenie jej o pomoc w sprawie rozmowy z Rossem byłoby najlepszym rozwiązaniem, ale sam też powinien coś zrobić. Miał już nawet pewien pomysł i postanowił podzielić się nim z Alex. Póki co, trochę obawiał się jej przyjścia, bo czekało go sporo, sporo wyjaśnień… 

Spojrzał na zegarek. Zostało jeszcze trochę czasu, może zdąży skoczyć do kwiaciarni i kupić jej ładny bukiecik. Z kobietą łatwiej się rozmawia, kiedy udobrucha się ją jakimś prezentem. Wiedział to z własnego doświadczenia, nie raz bombonierka czy pęk kwiatów uratowały mu skórę (często zdarzało mu się dostać kosę z jakiegoś przedmiotu, co babcia przyjmowała niezbyt entuzjastycznie). 
 Nie nakładał nawet żadnej kurtki, ani bluzy. W końcu kwiaciarnie była tuż za rogiem. Wyskoczył jak z procy i pognał na ulicę przecinającą Cranberry Street. Ale tu spotkał go zawód – sklepik  był zamknięty na cztery spusty. Na szybie pisało tylko: „Przerwa Świąteczna. Wszystkim klientom życzymy Wesołych Świąt!” . 
To chyba jakieś żarty. Przecież dzisiaj jest dopiero 21, do jasnej cholery! – pomyślał ze złością chłopak.
 Pozostało mu albo wracać do domu z niczym, albo lecieć do innej kwiaciarni( „FlowerPower”), parę przecznic stąd. Ponownie spojrzał na zegarek. Alex miała przyjść za 10 minut! Zdąży, jeśli pobiegnie. A więc zaczął szaleńczy bieg. Trochę żałował, że jednak nie wziął jakiejś bluzy. Dzisiejszy dzień nie należał do najcieplejszych. W dodatku mroźny, porywisty wiatr cały czas zmieniał kierunek. Raz z całych sił dmuchał mu w kark, a raz podstępnie wciskał się pod koszulę.  Oprócz tego tak mocno gwizdał mu w uszy, że stały się czerwone.  
W końcu cały zziajany dotarł do kwiaciarni FlowerPower. Na jego szczęście była otwarta. Wbiegł do środka, poprosił sprzedawczynię o klasyczny bukiet czerwonych róż, zapłacił, i już biegł z powrotem, tym razem z pokaźnych rozmiarów podarunkiem w rękach. Długie łodygi i rozłożyste pąki pachnących, czerwonych kwiatów zasłaniały mu drogę, więc nawet nie zauważył stojącej już pod furtką Alex i, oczywiście, władował się w nią wraz ze swoim nieszczęsnym bukietem.
- Uh, co ty robisz?! – wrzasnęła, z trudem łapiąc równowagę.  
- Ee… Daję ci kwiaty? – zmieszał się Charlie, pospiesznie przywołując bukiet do porządku. Nie wyglądał najlepiej – mimo, że mocno go trzymał podczas biegu, wiatr zdołał złamać parę łodyżek. Pąki natomiast pogniotły się przy zderzeniu z Alex. 
- Yhym, dzięki – odparła dziewczyna, ostrożnie przejmując od Charliego róże – A coś ty taki zgrzany? Biegłeś?
- Nie, czołgałem się – rzekł szatyn, trochę zły. Uszy mu wręcz pulsowały od mroźnego wiatru.
- Okej, okej. Ale czemu nie masz na sobie bluzy, czy czegoś? Dzisiaj jest potwornie zimno! Jeszcze rano pół biedy, bo świeciło słonce, ale teraz po prostu zamarzam w miejscu. Zobacz – założyłam nawet płaszcz.
- Widzę – kiwnął głową Charlie – Nie wziąłem bluzy, bo się spieszyłem. Nie wiedziałem, jaka jest temperatura na zewnątrz.
- Żebyś się tylko nie przeziębił na święta – pogroziła mu palcem Alex.
- Przestań – zaśmiał się – mówisz jak moja babcia. Nawet jeśli się przeziębię, to nie jestem dziewczyną, żeby się przejmować jakimś katarkiem. Pokicham, pokicham i przestanę.
- Dobra, jak chcesz…. Może byśmy weszli w końcu do domu? Bo podobno masz mi coś do powiedzenia.
- Aa tak, zapraszam – zreflektował się, otworzył furtkę i  przepuścił Alex. Wkrótce potem pili ciepłą herbatę w pokoju babci Herstwish.
Dziewczyna z zaciekawieniem oglądała fotografie ustawione na parapecie.
- To twoi rodzice? – spytała, wskazując palcem na zdjęcie młodego małżeństwa oprawione w ramki.
- Tak.
- Jesteś niesamowicie podobny do mamy, wiesz?
Charlie uśmiechnął się.
- Każdy mi to mówi.
 - Ooo, a co to za cuda? – wykrzyknęła, spostrzegłszy bogatą kolekcję małych figurek z żabkami.
- Moja babcia uwielbiała je zbierać, jest ich mnóstwo, nie tylko w tym pokoju. Niektóre pochowała do pudełek, bo już się nie mieściły na półkach.
Alex spojrzała na niego ze szczerym zainteresowaniem. Ha, gdyby była tu Gemma, nie zwróciłaby nawet uwagi na te żabki. Prędzej wyraziłaby swoją opinię co do umeblowania pokoju („czy aby na pewno mogę usiąść na tej starej kanapie? nie rozleci się? a ten stolik ma już chyba ze sto lat, nie myślałeś o zakupie nowego?”) i koloru ścian („no przecież zielony już dawno wyszedł z mody, słoneczko. Jest passé!”).
To mu przypomniało, w jakiej sprawie zaprosił Alex do siebie:
-  Chciałem ci o czymś opowiedzieć. A raczej o kimś.
Na twarzy nastolatki pojawiły się pierwsze oznaki napięcia.
- Bo widzisz…Ta dziewczyna, na którą przez przypadek się natknęliśmy, ma na imię Gemma. Dała mi swój adres, więc… odwiedziłem ją parę razy i…
- Jesteście razem? – spytała cicho, aczkolwiek groźnie, świdrując go spojrzeniem.
- Słucham? Nie! Absolutnie nie! – zaprzeczył gorąco  - I właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Że coś do mnie dotarło.
Alex wydawała się być zdziwiona tym, co usłyszała.
- Coś…do ciebie….dotarło?
- Tak. Na początku… co tu dużo gadać, zabujałem się w niej. Poleciałem na jej wygląd. No i popełniłem błąd, bo okazała się podłą zdzirą. Tak naprawdę tylko mnie wykorzystała, uświadomiłem to sobie, kiedy przeczytałem jeden wpis w jej pamiętniku. Jak to napisała, jestem tylko „nieciekawym i nijakim facetem”. Ale pół biedy, że to nie ja byłem jej celem. Ona się szykuje na Rossa. Chce go odciągnąć od Laury i sprawić, żeby z nią zerwał. A chyba już do tego nie daleko, bo on ciągle u niej przesiaduje.
-  Biedna Laura – szepnęła Alex, po czym aż zagotowała się ze złości. – Za kogo się uważa ta Gemma?!  Jak w ogóle można tak kogoś wykorzystywać!
- I pomyśleć, że jeszcze trochę i nasz związek też byłby narażony – dodał Charlie, kiwając głową.
- Czekaj, związek? NASZ związek?
- No.. – plątał się szatyn – No bo… No bo jak to inaczej nazwiesz?
- Nazwę co? – pytała podejrzliwie Alex.
- To, co jest między nami.
- Nie wiem, może przyjaźń?
- Hm…No tak. A więc nasza PRZYJAŹŃ też byłaby narażona – powiedział z naciskiem Charlie, patrząc na nią uważnie.
Dziewczyna starała się unikać jego wzroku.
- To co zrobimy? Trzeba chyba porozmawiać z Rossem.
- Właśnie o to cię chciałem prosić.
- Że co?! – oburzyła się nastolatka. – Dlaczego to ja mam mu przemawiać do tej jego łepetyny? To chyba nie mój problem, że co rusz się w kimś zakochuje!
- Ej, nie przesadzaj. W końcu ja przechodziłem to samo co on, a nie można o mnie powiedzieć, że zmieniam dziewczyny jak rękawiczki.
 - O, przepraszam. A sam kiedyś powiedziałeś, że zawsze miałeś powodzenie.
- No tak, ale to dziewczyny lecą NA MNIE, a nie na odwrót.
- Mam więc rozumieć, że, oprócz zauroczenia Gemmą, jeszcze nigdy się porządnie nie zakochałeś?
- Właściwie, to… - zaczął nieśmiało, ale zaraz potem machnął ręką i zamilkł.
- Wracając do rozmowy z Rossem  -  Alex podjęła na nowo temat. – Nie lepiej najpierw powiedzieć  o wszystkim Laurze?
- To by była największa głupota, jaką mogłabyś zrobić – stwierdził chłopak. – Nie widzisz, jaka jest ostatnio zdenerwowana? Sama widzi, co się święci, po co jeszcze bardziej ją dołować?
- No dobrze, spróbuję spotkać się z Rossem i mu wygarnąć to i owo. Ale niczego nie obiecuję. Bo niby czemu miałby mnie wysłuchać?
- Hmm, jakby to delikatnie powiedzieć. My się z Rossem nie bardzo lubimy, więc nic by z tego nie wyszło, jakbym ja spróbował z nim dyskutować – wytłumaczył jej Charlie.
- Cały czas się zastanawiam, dlaczego wciąż się na siebie dąsacie – zachichotała Alex.
- Bo cię skrzywdził – burknął chłopak – Może nie tak dosłownie. Bo najpierw ty mi dałaś z liścia, potem ja jemu przyłożyłem w nos, a na koniec on mi podbił oko.
- Tak, pamiętam. Co też to były za czasy  - westchnęła dziewczyna, próbując zachować powagę, co nie za dobrze jej wychodziło.
- Mów za siebie, okej?  - obraził się Charlie.
- Ale wiesz co? Jednego nigdy nie wybaczę Gemmie. Że nazwała ciebie „nieciekawym i nijakim facetem”. Przecież przy tobie nie da się nudzić!
- No tak, znajomość ze mną może powodować uszczerbek na zdrowiu  - na twarzy szatyna pojawił się lekki uśmiech.

Tak na rozmowie zleciało im parę godzin. Nawet nie spostrzegli,  kiedy na dworze zrobiło się zupełnie ciemno.
- O kurcze, ale późno!- zawołała Alex, patrząc na zegarek w komórce. – Muszę się zbierać.
- Nie, nigdzie nie idziesz. Nie puszczę cię w takich ciemnościach – rzekł  krótko jej towarzysz.
- Charlie, nie wygłupiaj się. Autobus jedzie prosto pod hotel.
- Haha, o tej porze, moja droga, żadnego autobusu już nie złapiesz. Zwłaszcza, że niedługo święta.
- No to zadzwoń po taksówkę – wzruszyła ramionami Alex.
- Nie – uciął  chłopak. – Po prostu zostań tu na noc.
- Co proszę?! – nastolatka zrobiła wielkie oczy.
- Co ci szkodzi? Jutro nie musisz iść do studia, bo macie przerwę świąteczną. Zajęcia się skończyły, oceny semestralne są już  wystawione. Nawiasem mówiąc, straszny z ciebie kujon, wiesz? W twoim wieku to aż nienormalne mieć same piątki i szóstki. No, ale nie ważne. Jutro i tak nie masz nic do roboty. A przydałaby mi się pomoc w  dekorowaniu domu na święta. Dowiedziałem się, że dają mi czas do 27 grudnia, potem przeprowadzam się do domu dziecka. Chciałem, żeby te ostatnie święta były wyjątkowe.
- Poczekaj, poczekaj – przystopowała go Alex. – Po pierwsze, to żaden ze mnie kujon. Po prostu się dobrze uczę, w przeciwieństwie do innych – tu spojrzała na niego wymownie – Po drugie, skąd wiesz, że nie mam na jutro żadnych planów? Ja też muszę udekorować co nieco, kupić prezenty, i tak dalej.
- Co ty do jasnej ciasnej masz do dekorowania, przecież mieszkasz w hotelu! – przerwał jej Charlie.
- Po trzecie – kontynuowała jak gdyby nigdy nic – zupełnie zapomniałam ci powiedzieć, że rozmawiałam z Jessy. Jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, nie będziesz musiał się przeprowadzać do domu dziecka.
- Jak to? – zdziwił się szatyn – Przecież wszystko już ustalone, papiery podpisane, nie da się tego odkręcić.
- Zapominasz, kim jest Jessy i kogo może znać – uśmiechnęła się Alex – Nie martw się, już ona to jakoś załatwi. Na razie nie wiem, co planuje, ale chce się z tobą zobaczyć. Postanowiłam cię jutro do niej zaprowadzić. Dała mi swój adres. 
- No dobra, chyba mogę jej zaufać. Pójdę tam, ale pod jednym warunkiem.
- Że zostanę u ciebie na noc?- domyśliła się Alex.
- Mhm – skinął głową Charlie i wyszczerzył się.
- Ale…To jest niemoralne.
- Dlaczego?
- Bo ty jesteś niepełnoletni i ja jestem niepełnoletnia…I zapraszasz mnie do siebie na noc. Nie widzisz w tym żadnych podtekstów?
- Absolutnie żadnych – zaprzeczył chłopak.  – Przecież nie jestem jakimś zboczeńcem. Pokoje są dwa, ja będę spał w swoim, ty możesz spać tu.
- No dobrze – skapitulowała Alex i głośno ziewnęła – Ale nikomu ani słowa, jasne? Jeszcze brakuje, żeby moi rodzice się o tym dowiedzieli.
Charlie zachichotał. Podszedł do szafki, wyjął z niej długą koszulę i podał Alex. Pościelili łóżka i  przebrali się do spania. Zaparzyli dwie herbaty i zjedli kolację. Godzinę później oboje byli pogrążeni we śnie. Dziewczyna śniła o ogromnej choince i o powieszonych na niej bombkach, girlandach, pierniczkach, cukierkach, a nawet skarpetkach. Naraz z objęć Morfeusza wyrwał ją potężny huk. Była to mieszanka gardłowego krzyku osoby mordowanej i strzału z armaty. Tak się przestraszyła, że z wstała i z piskiem wleciała do sypialni Charliego.
- Boże! Słyszałeś to?!  - ledwo tłumiąc krzyk, zaczęła szarpać ramię szatyna.
- Słyszałem co? – spytał nieprzytomnie, unosząc głowę.
- No, ten hałas. Jakby ktoś kogoś zabijał – szeptała gorączkowo Alex
- Nie, nic nie słyszałem. Spokojnie, pewnie coś ci się przyśniło – dotknął jej ręki i wyczuł, że drży.  – Nie bój się.
Nagle coś go zaswędziało w nosie i potężnie kichnął.
- JEZUS MARIA, TO WŁAŚNIE TO!! – wrzasnęła Alex.
- Co?
- To ten dźwięk, który mnie zbudził!
Charlie spojrzał na nią, jak na idiotkę, po czym wybuchnął śmiechem.
- Ja tylko kichnąłem, głuptasie.
- Kichnąłeś? – powtórzyła bezmyślnie  - Przecież to brzmi, jak jakiś mord!
- No wiem, moje kichnięcia są dziwne i bardzo głośne. Co zrobić, taki już się urodziłem – odparł, wciąż się śmiejąc.
Alex nadal była roztrzęsiona, ale już nic nie mówiła. Charlie postanowił ją uspokoić różnymi zabawnymi historyjkami, które babcia opowiadała mu, kiedy się czegoś bał. Położyła głowę na poduszce, obok niego. Przez dziesięć minut uważnie słuchała, potem oczy zaczęły jej się kleić, i nim spostrzegł – spała. Uśmiechnął się, przykrył ją kołdrą i  postanowił powstrzymywać się od kichnięć, żeby jej nie przestraszyć. To nie było łatwe, ale  w końcu i jemu udało się zasnąć.  
***

No hejj :) 

Poprosiłam moją przyjaciółkę, żeby napisała notkę, bo nie chciałam, żebyście się denerwowali, że nie ma rozdziału.  Trochę się rozpędziła, z tymi trzema tygodniami :D Z działki wróciłam rano, więc już dziś dodaję rozdział. Jeszcze raz przepraszam za wszystkie opóźnienia. 

I za to, że zajęłam się tylko jednym wątkiem. Jakoś się tak strasznie rozpisałam i nie mogłam skończyć, wyszło z 5 stron O.o
 nie chciałam jeszcze dokładać innych wątków, bo byłoby za długie. następny rozdział może jeszcze w tym tygodniu, siedzę na tyłku i się nie ruszam przez cały miesiąc;)

A co do konkursu, widzę, że lato rozleniwia nie tylko mnie;p 
komuś tu się nie chciało odpowiadać na pytania  ^^ 
Najwięcej poprawnych odpowiedzi miała Martha Marano! 

czy mogłabyś mi podać link do swojego bloga? (:


trzymajcie się! 
~`BabyBlue

środa, 24 lipca 2013

Hej :D Przepraszam, że dopiero teraz piszę ale wczoraj wróciłam z obozu i od razu rodzice oznajmili mi, że jadę do Białki. Rozdział dodam za jakieś 2-3 tygodni.
W imieniu BabyBlue jej przyjaciółka :)

środa, 17 lipca 2013

"You make me wanna say: I do"

                                                                         
                                                                             ***
Rydel w końcu odnalazła budynek MiamiMail Post Office. Podeszła do najbliższego okienka. Za szybą siedziała korpulentna kobieta i z wyrazem błogości na twarzy zajadała się czekoladowymi pralinkami z przyozdobionego kokardą pudełeczka.
- Eee…przepraszam? – zaczęła niepewnie blondyna. Pracowniczka poczty jakby ocknęła się z pięknego snu, szybko otarła usta i  posłała jej niezbyt przyjazne spojrzenie– Nazywam się Rydel Lynch, przyszłam po przesyłkę.
Twarz kobiety natychmiast się rozpogodziła.
- No nareszcie! – westchnęła z ulgą – Nawet nie wiesz, jak się cieszę.
Nastolatka bynajmniej nie spodziewała się takiej reakcji. Adresatka przychodzi na pocztę, by odebrać paczkę świąteczną. Co w tym takiego wspaniałego?
- To…Gdzie mam podpisać? – spytała, patrząc podejrzliwie na kobietę.
- Ah nie, nie trzeba nic podpisywać. Właściwie to już miałam wzywać ochronę, bo kto by to widział takie dziwactwa wyprawiać na Święta. Ale on się uparł, powiedział, że to piekielnie ważne itd., itp…
- Zaraz, o czym pani mówi?
- O kim, moje dziecko. No, o tym chłopaku, siedzi na korytarzu w prawo – wskazała kierunek grubym palcem.
Rydel zrobiła parę kroków i wysunęła głowę tak, by widzieć korytarz. Rzeczywiście, na parapecie, ze słuchawkami na uszach, siedział nastolatek. Miał zamknięte oczy i rytmicznie stukał palcami o szybę. Blondyna zmrużyła oczy i przyjrzała się mu nieco dokładniej… „Jezu, to przecież Ellington!!” – pomyślała z przerażeniem i błyskawicznie wróciła do otyłej pracowniczki poczty.    
- No co znowu? – jęknęła, z żalem odkładając pudełko pralinek na biurko.
- Czegoś tu nie rozumiem. Proszę mi wyjaśnić, jakim cudem on się tu znalazł?
- Nie wiem – wzruszyła ramionami kobieta – Ale podobno siedzi tu od otwarcia poczty, czyli od  6 rano. I cały czas bredzi coś o jakimś przeznaczeniu.
- Przeznaczeniu? – zdziwiła się Rydel.
- Uparł się, że mam wysłać kartkę do odbioru paczki na twój adres. To w sumie niedorzeczne i niedozwolone, ale tak bardzo prosił…
- To pudełko czekoladek jest pewnie od niego? – spytała niewinnie Delly.
- Nie twój interes – obraziła się pracowniczka – Idź wreszcie do tego swojego Romea, bo nie zniosę go ani chwili dłużej.
Rydel parsknęła śmiechem i skierowała się do miejsca, gdzie siedział Ellington. Powoli zbliżyła się do niego i ściągnęła mu z uszu słuchawki.
- Ej! Tak nie można! – ryknął, otwierając oczy. Kiedy ujrzał blondynę, o mały włos nie spadł z parapetu – O mój Boże, Rydel!!
- No cześć, co u ciebie słychać? – spytała jak gdyby nigdy nic. W jej głosie można było wyczuć napięcie.
Chłopak milczał, wpatrując się w swoje buty.
- I co, jesteś z siebie zadowolony?
- Tak. Uważam, że było warto. W końcu przyszłaś.
- Ale po co to wszystko?
- Po to, żeby udowodnić ci, że to naprawdę może się udać.
- Ell, przecież to nie ma…
- Cicho bądź! – krzyknął chłopak i zakrył dłonią jej usta. Jego oczy płonęły. Poczuł, że wstępuje w niego jakaś siła, której nie umie przezwyciężyć.  – Teraz mówię ja i radzę ci, lepiej mnie wysłuchaj. Nie można twierdzić, że coś nie wyjdzie, jeśli się nawet tego nie spróbowało. Powiedziałaś mi, żebym zapomniał o tym, co zdarzyło się w kinie. Próbowałem, ale, cholera jasna, nie umiałem, rozumiesz?  Nie umiałem zapomnieć! Bo przecież dobrze wiem, że wtedy czułaś do mnie to samo, co ja nadal czuję do ciebie. Dlatego też nie mogłem pojąć, czemu nie chciałaś dać nam szansy. Ale teraz już wszystko jest jasne. Ty się po prostu boisz! Boisz się spróbować! Dlaczego, Rydel, dlaczego? Przecież nie masz nic do stracenia!
- Zaadresowałeś fałszywą paczkę po to, żeby się ze mną spotkać i powiedzieć mi to wszystko? – Blondyna próbowała zmienić temat. Mowa Ratliffa zrobiła na niej wielkie wrażenie, ale wolała jeszcze nie odpowiadać na jego pytanie.
- Nie paczka, tylko prezent. Nie jest fałszywy, to mogę ci obiecać.
- A gdzie on jest?
- Stoi przed tobą – wzruszył ramionami chłopak.
Rydel popatrzyła na niego jak na wariata.
- Chcesz powiedzieć, że ty jesteś moim prezentem?!  - zawołała. Ni stąd ni zowąd w jej głowie pojawił się obrazek Ellingtona z ogromną wstążką przyczepioną do pleców, wyskakującego jak królik z ogromnego, kartonowego pudła i krzyczącego „NIESPODZIANKAAA!”. Wizja była tak realistyczna, że dziewczyna zaczęło chichotać.
- Z czego się śmiejesz? – burknął brunet.
Delly odrzekła, z trudem łapiąc oddech:
- Zzz tego… jak wyglądałbyś… siedząc w…w… wielkim pudle z kokardą!
Ell uniósł brwi i sam zaczął się śmiać.
- A jeszcze lepiej bym wyglądał, jakbym wyskoczył z wielkiego tortu jako striptizer – dodał.
Rechotali jeszcze przez dobrych parę minut. Kiedy już się uspokoili, Rydel wyznała ze szczerością:
- Jeszcze nikt nigdy nie zrobił dla mnie czegoś tak pięknego. Dziękuję.
Uśmiechnęła się i przytuliła Ellingtona.
- Nie ma sprawy, jestem specjalistą od kosmicznych pomysłów – wyszczerzył się chłopak - 
    - To jak? Potrafisz odpowiedzieć na moje pytanie?
Rydel dobrze wiedziała, o co mu chodziło.
- Tak. Teraz już wiem, że warto spróbować – rzekła i objęła go jeszcze mocniej.
- Kurcze, ja to umiem przekonywać ludzi -  zaśmiał się brunet – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że z udawanej pary staliśmy się prawdziwymi zakochańcami, Delly.
- Mam tak samo. Ale jedna prośba. Nie mów na mnie Delly. Nie za dobrze mi się to kojarzy.
Ratliff pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Dobrze. To od dziś będziesz moim Dellfinkiem, zgoda?
Blondynka zaśmiała się i w odpowiedzi cmoknęła go w policzek.  
Ellington był w tym momencie najszczęśliwszą osobą na ziemi.

                                                                                ***

                                        Następny rozdział za tydzień. A to piosenka z tytułu:



Do zobaczenia :)
~`BabyBlue